Tropem Niedzwiedzia, zawody - Przysłup 2007


Agata Mordzonek

www.tinahet.prv.pl

 

 

W styczniu zapada decyzja, że jedziemy na zawody Pucharu Polski w Przysłupiu koło Cisnej. Niestety pierwszy termin zawodów został odwołany z powodu braku śniegu. Drugi termin wyznaczono na pierwszy weekend lutego. Nerwówka. Będzie śnieg czy nie? Poza startami, po zawodach planujemy jeszcze trening z psami po trasach, przygotowanych przez organizatorów. Dochodzi do nas informacja – jest dużo śniegu, będą zawody, będzie też Liga Zaprzęgowa, czyli mogę wystartować jako amator. Kolejna nerwówka - co musimy mieć, aby dopuszczono nas do startu. Czytamy Regulamin Wyścigów Psich Zaprzęgów. Zaczynamy przygotowania i pakowanie sprzętu, sanie, liny, karabińczyki itp.

 

Dopada mnie strach. Jak psy, które dwa razy w życiu trenowały na śniegu poradzą sobie na trasie o długości 5500 m? Jak ja wypadnę w konfrontacji z bardziej doświadczonymi amatorami tego sportu?

Zawody zaczynają się w sobotę 3-go lutego i trwają do niedzieli po południu. My wyjeżdżamy w czwartek. Samochód zapakowany już w środę. Wstajemy o godzinie 5 rano wyjeżdżamy o 6,15. Znowu strach czy impreza się odbędzie, bo całą drogę mamy w deszczu. Dopiero w Baligrodzie zaczyna się śnieg. Z kilometra na kilometr jest go coraz więcej i zaczyna sypać. Gdy dojeżdżamy na miejsce, są już konieczne łańcuchy żeby podjechać pod pensjonat gdzie mamy mieszkać. Jest pięknie. Bardzo dużo śniegu i cały czas sypie. Białe drzewa. Góry za lekką mgłą.

 

W piątek wczesnym rankiem podjeżdżamy na stake-out. No i jest problem. Wyznaczone miejsce jest wyłożone płytami betonowymi i nie ma jak wbić szpilek do stake-out’u. Pozostaje nam albo dokopać się do ziemi w innym miejscu albo rozpiąć stake-out pomiędzy dwoma samochodami. Wybieramy drugie wyjście. Zaczynają się zjeżdżać maszerzy. Niektórych już znamy, z innymi dopiero się poznajemy. Każdy zmęczony kilku- lub kilkunastogodzinną jazdą, ale szczęśliwy, bo wreszcie odbędą się zawody na śniegu. Wieczorem odprawa zawodników. Poznajemy trasy i sytuacje na nich. Lekko nie będzie. Najpierw krótka prosta, później 2,5 km pod górę, potem z górki z zakrętami, ostatnia prosta do mety prowadzi przez łąki gdzie śnieg sięga do pasa i trzeba uważa żeby nie spaść z sań. Ale co tam, aby wytrzymać do końca. W amatorach nie czas jest najważniejszy. Trzeba wystartować i dojechać do mety. Ponieważ cały czas sypie śnieg start przesunięto z 9.00 na 11.00, żeby organizatorzy jeszcze zdążyli przetrzeć trasy.

 

 

W sobotę rano odprawa weterynaryjna i techniczna. Zaczynają się starty. Cały czas sypie. Po każdej klasie na trasy wyjeżdżają skutery śnieżne żeby przetrzeć trasę dla następnych zawodników. O 14.16 mamy start z nr startowym 50. No i nerwy, jak sobie poradzimy. Wracający zawodnicy mówią, że jest ciężko. Na trasie kopny śnieg i silny wiatr. Ale co tam, damy radę (właśnie tego oczekuję od zaprzęgów, żadnej łatwizny). Zbliża się godzina startu, zaczynamy przygotowania. Sanie, liny, szory, psy i ja. Jesteśmy gotowi.

 

 

Wywołują mnie i idziemy na start. 5, 4, 3, 2, 1 go, go, go. Jedziemy. Po drodze drobne zakręty i… zobaczyłam górę!!! Na pierwszą część psy mnie wciągnęły, resztę pokonuję za saniami. Przed nami zaprzęg z 5 psami. Krzyczę, że będę wyprzedza. Ponieważ dla mnie i dla psów to nowość, biorę psy za łączeniówkę i przebiegamy obok zaprzęgu. Go, go, jedziemy dalej. Znowu zaprzęg, tym razem 2 psy. Powtarzam „manewr” go, go. Wreszcie koniec górki. Teraz zaczyna się lekko w dół. Ponownie wyprzedzamy kolejny zaprzęg z dwoma psami. Jestem w szoku. Moje „dzieci” wyprzedzają husky’e. Coraz większy spadek, psy biegną coraz szybciej a ja przed każdym zakrętem modlę się żebym się wyrobiła. Jest znak 800 m. Już jesteśmy na łące. Pamiętając ostrzeżenia, mocno trzymam się sań a psy biegną jakby dopiero zaczęły. No i stało się, noga ześlizgnęła mi się z sań i wpadam po pas w śnieg, ale moje dzielne psy wyciągają mnie z zaspy. Już słychać stake-out. Harri wpada w zaspę, pisk. Ja przerażona, Yaś wyciąga ją. Kuleje. Przerażenie, czy noga cała? Zanim zdążyłam krzykną STÓJ, Harri biegnie już normalnie. META. Uff - dojechaliśmy. Teraz tylko sprawdzanie chipów u psów i na stake-out. Już widać, że psy są szczęśliwe a Harri nie utyka. Noga sprawdzona. Nic się nie stało. Moja dzielna dziewczynka.

 

Wieczorem „Wieczór Maszera” i ogłoszenie wyników z pierwszego dnia 38,34 minuty. Byliśmy szybsi od reszty zaprzęgów w LZ. Od zawodników można wiele się dowiedzie. Chętnie doradzają, pomagają i tłumaczą. Atmosfera wspaniała, wszyscy dla wszystkich są przyjaciółmi, mimo że jeszcze parę godzin wcześniej ostro ze sobą rywalizowali, aż miło popatrzeć.

 

W niedziele starty o 9.00. Cały czas sypie. Startujemy o 12.16. Psy bardziej zainteresowane wąchaniem niż biegiem, ale jakoś idzie. Trudno, najwyżej dojedziemy później. Przecież przygodę z zaprzęgami dopiero zaczynamy Mijamy pulkę. Z górki. Psy znowu zaczynają nabiera tempa. STÓJ! - coś się dzieje przed nami. Dwa zaprzęgi stoją po bokach trasy. Wbijam kotwicę (żeby psy nie pojechały beze mnie) i idę dowiedzieć się, co się stało. Psy się pogryzły, ale już jest OK i mogę je wyprzedzać. Skoro moja pomoc już jest zbędna, wracam do sań i ostrożnie omijamy zaprzęgi. Jedziemy. Psy coraz szybciej biegną. BUM leżę. Całe szczęście mam linę asekuracyjną i chwilę jadę za saniami na „śledzia”. STÓJ, na sanki, GO, GO. Za chwilę znowu BUM i leżę. STÓJ, na sanki i GO, GO. Za chwilę znowu BUM i leżę. STÓJ, na sanki, GO, GO. Już wiem, że czas będzie dużo gorszy niż wczoraj. Ale… aby do mety. Podobno „Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”. META. Było bardzo ciężko, ale dojechaliśmy. Za chwilę wyniki. Oooooo!!! Czas tylko o 6 sek. gorszy od wczorajszego. Mamy 2 czas w LZ na 4 startujące ekipy. Wyprzedził nas tylko zaprzęg z dwoma husky’mi. Jestem dumna z psów i z siebie, przecież to dopiero nasza trzecia i czwarta jazda po śniegu.

 

 

 

Rozdanie nagród, pakowanie i zawodnicy zaczynają rozjeżdża się. My zostajemy do następnego dnia. Robi się coraz ciszej. W poniedziałek piękna słoneczna pogoda, aż żal wyjeżdżać, ale trudno pakujemy się i wyruszamy w powrotną drogę. Im dłużej jedziemy i znajdujemy się coraz niżej tym mniej śniegu. W końcu za oknami samochodu pojawia się zielona trawa. A tam, w Bieszczadach, piękna prawdziwa zima.

 


KLUB RASY ALASKAN MALAMUTE - HOME


Prawa Autorskie Klub Rasy Alaskan Malamute w Polsce. Wszystkie materiały zawarte w witrynie oraz w galerii są objęte prawami autorskimi. Nie zezwala się na ich publikację w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody autora.